Jestem wolny

Najmij mnie!
 

Kryminał w Mieście Aniołów

L.A. Noire było jedną z najgłośniejszych produkcji ubiegłego roku, zbierając całkiem wysokie noty i będąc wszem i wobec chwaloną za klimat, przedstawienie emocji postaci oraz ich mimiki oraz bycie po prostu dobrą produkcją. W końcu miałem okazję samemu zmierzyć się z Los Angeles późnych lat czterdziestych w skórze niedawno zwróconego ojczyźnie z wiadomej wojny, Cole’a Phelpsa. Jak skończyła się historia stróża prawa z niezbyt przyjemną przeszłością?

Gra zaczyna się raczej tak, jak można by się spodziewać – jesteśmy zwykłym policjantem patrolującym ulice Miasta Aniołów i wiedziemy dość nudny żywot, bez większych marzeń i możliwości awansu. Pewnego dnia nadarza się jednak okazja, aby się wykazać – leniwy detektyw i prący do rozwiązania sprawy Phelps wystarczają, aby poprzez dość długi tutorial gra nauczyła gracza wszystkiego o zbieraniu dowodów, przesłuchiwaniu świadków oraz oskarżaniu winnych. I przy okazji awansowała naszego protagonistę do rangi prawdziwego detektywa, o którego przeszłości wiemy raczej mało, ale to co wiemy, nie prezentuje się zbyt różowo. Samouczek jak wspomniałem, jest dość długi, ale przynajmniej dokładny – a przy tym nachalny. Nie można popełnić w nim żadnego błędu – wszystkie poszlaki, materiały dowodowe znajdują się niemal same, gra sama podpowiada nam czy dana postać kłamie albo próbuje ominąć niewygodne pytanie – nawet jeśli zdołamy źle poprowadzić np. ostatnie przesłuchanie, szybko sprawa się resetuje i ponownie mamy okazję oskarżyć kogo trzeba. Na szczęście jak tylko otrzymujemy status detektywa, poznajemy partnera, świat gry staje przed nami otworem, a wszelkie czynności dochodzeniowe musimy prowadzić sami. I wtedy gra zaczyna błyszczeć.

 

Solą L.A. Noire jest bowiem codzienna praca Phelpsa – poranek na posterunku policji, otrzymanie nowej sprawy od przełożonego, a następnie udanie się na miejsce zbrodni/podpalenia/zabójstwa. Sprawy podzielone są na kilka wydziałów, my zaś pniemy się coraz wyżej i awansujemy do kolejnych „sekcji” w miarę postępów grze: zaczynamy w drogówce, a dojść możemy aż do najbardziej prestiżowego zwalczania przestępczości związanej np. z hazardem i narkotykami. Poszczególne sprawy zaś można podzielić na kilka sekcji, których kolejność czasami zależy od gracza chociażby w przypadku posiadania kilku podejrzanych. Zazwyczaj pracę zaczynamy od zbadania miejsca przestępstwa: szukamy wszelakich dowodów, niektóre są dość łatwe do przeoczenia jeżeli nie badamy każdego metra kwadratowego okolicy. Kiedy już czujemy, że mamy odpowiedni materiał, ruszamy dalej: albo przesłuchujemy świadka (jeżeli takowy jest), albo na podstawie znalezionych poszlak ustalamy kolejne miejsca do zbadania. I tak sprawa dwóch trupów i znalezionej przy nich wojskowej morfiny zaprowadzi gracza do okolicznej budki z żarciem, która służy za punkt odbioru narkotyków. Przesłuchanie pracującego tamże osobnika może poskutkować dowiedzeniem się kilku nazwisk, a w najgorszym razie zostaniemy z garścią poszlak i koniecznością zbadania po kolei każdej możliwości. W końcu sprawa zacznie mieć się ku końcowi, który albo będzie miał kształt pogoni za podejrzanym i jego złapaniem lub zabiciem, albo ponownie odwiedzimy komisariat policji, aby spróbować dokonać oskarżenia. Oczywiście, skuteczność tegoż w dużej mierze zależy od postępowania gracza. Co bowiem z tego, że mamy wszystkie dowody, jeżeli nie potrafimy ich powiązać ze sobą i z oskarżonym, który może wykpić się przy źle postawionych zarzutach? Zdecydowanie łatwo skopać sprawę, zyskując tym samym jedynie opierdol od przełożonego. Jeśli jednak uda się nam załatwić jakąś głośną sprawę, zamknąć sprawcę w areszcie po efektownym pościgu ulicami miasta, możliwe że zainteresują się nami media, kreując na detektywa-bohatera.

 

Praca w L.A. Noire jest satysfakcjonująca – odczuwałem pewną radość z doprowadzenia dużej sprawy do końca, a podczas nieudanych oskarżeń czułem, że bura zdecydowanie się należała. Z racji tego, że każda sprawa może być oceniona w skali od 1 do 5 gwiazdek oraz faktu, że odblokowane zadania są dostepne z poziomu menu głównego gry, możliwe jest potwórzenie misji w późniejszym terminie – chociażby po to, aby lepiej pokierować poczynaniami detektywa, poprawić swoje błędy i poznać kilka dodatkowych detali o dochodzeniu. Satysfakcjonujące jest również przeprowadzania wszelakich rozmów. Nie tylko dlatego, że zostały one naprawdę dobrze napisane (wszelkie dialogi pomiędzy Phelpsem, a jego partnerem w danym wydziale są naprawdę niezłe), a rozmówcy prezentują się całkiem zróżnicowanie. Czynnikiem sprawiającym, że o L.A. Noire stało się bardzo głośno jest bowiem użyta technologia MotionScan, która w skrócie sprawia, że twarze postaci wyglądają jak prawdziwe. Żyją, są pełne emocji i łatwo (aż nadto, ale przejaskrawienie jest zrozumiałe w przypadku gry) wyczytać, czy ktoś kłamie. Lepszych animacji twarzy nigdy w grach nie było i szkoda byłoby, gdyby ta technologia miała zostać użyta tylko w przypadku produkcji Team Bondi.

 

 

Pomimo wszystkich swoich zalet, Los Angeles z roku 1947 ma jednak także sporo wad. A największą jest chyba fakt, że miasto jest jakieś…nudne. Czegoś tam zdecydowanie brakuje, jakiegoś życia i sensu w poruszających się ulicami samochodach i zmierzających do nikąd pieszych. Teoretycznie pomiędzy sprawami możemy zająć się takimi rzeczami jak zwiedzanie (w grze znajduje się sporo autentycznych miejscówek i atrakcji turystycznych), pomaganie drogówce w ujęciu uciekającego przestępcy, możemy też spróbować odnaleźć ukryte samochody. To jednak nie jest ani przesadnie ciekawe, ani tak naprawdę warte większej uwagi. Zgłoszenia o przestępstwach często są umiejscowione po drugiej stronie miasta, wszelkie miejscówki specjalne po prostu wyglądają nieco ładniej od reszty budynków w mieśce, a kolekcjonowanie to raczej zabawa dla innej grupy graczy niż ja. Sytuacji o dziwo nie ratuje nawet muzyka – nie jest zła, w żadnej mierze! Utwory z epoki brzmią dobrze, ale jednocześnie jest ich zbyt mało i potrafią się szybko znudzić, auducji radiowych jest jeszcze mniej, a innych umilaczy podróży, poza okazjonalnym gadaniem partnera, brak. Swoje do tego dorzucają problemy techniczne: postacie przenikające przez drzwi, doczytujące się w locie tekstury (które faktycznie wczytują się dopiero jak w nie wjedziemy) oraz bardzo dziwne sterowanie na PC (samodzielne skręcanie postaci gracza np. na schodach albo podczas pogoni, brak możliwości swobodnego rozglądania się w aucie) sprawiają, że L.A. Noire zbiera minusy w ilości sprawiającej, że ciężko przymknąć na nie oko. Zwłaszcza, że oprawa graficzna jest w najlepszym przypadku średnia.

 

Pomimo swych wad, produkcja australijskiego Team Bondi jest godna uwagi. Jeśli znajdziecie tę grę w dobrej cenie, a lubicie klimat lat 40’tych i kryminalne opowieści z dobrą fabułą i solidnymi postaciami (swoją drogą: Phelps to jedna z tych postaci głównych, których polubienie jest chyba niemożliwe), to warto dać jej szansę. L.A. Noire ma swoje przywary, ale nie zasłaniają one faktu, że to po prostu dobra produkcja. Zwłaszcza, że powszechnie dostępna na PC wersja Complete Edition zawiera w sobie wszystkie wydane DLC z nowymi, niezłymi sprawami do rozwiązania. Gdybym miał pokusić się o ocenę, mój werdykt brzmiałby: 7+/10

Napisano: 26-11-2012

Tagi: , ,

Kategorie: Gry, OsaX i jego świat