Jestem wolny

Najmij mnie!
 

Prepare to Die

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio na rynku pokazała się produkcja, która wciągnęłaby mnie w takim stopniu, w jakim zrobiło to Dark Souls. I naprawdę mam problem, bowiem takich tytułów, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, jest niewiele, można je policzyć na palcach jednej ręki. Tym większy szacunek dla japońskiego From Software – za przypomnienie mi, że gry mogą być tak szalenie satysfakcjonujące i jednocześnie trudne oraz wymagające.

Kto jeszcze nie słyszał o Dark Souls, ten zapewne nawet nie zaglądał do sieci od roku – łatwo było natknąć się albo na newsa o tej produkcji, będącej duchowym następcą Demon’s Souls, albo napotkać fanów wychwalających Mroczne Dusze na forach. I zachwyt ten, w przeciwieństwie do wielu innych tytułów, nie jest w żadnej mierze przesadzony! Od pierwszych sekund od uruchomienia, tytuł wrzuca nas do mrocznego świata fantasy, wypełnionego demonami, cuchnącymi lochami, ruinami od których bije smutek i nostalgia za lepszymi czasami. I byłbym zapomniał: gracz niemal na dzień dobry ginie – ponownie. Jesteśmy bowiem nieumarłym, który ma trochę więcej szczęścia (lub też pecha, w zależności od spojrzenia na fabułę) od innych i ma okazję dokonać czegoś więcej, niż gnicia w lochu. Rozpoczynamy pierwszą część gry w północnym azylum i niektórzy mogą się porządnie zdziwić – niby samouczek, a zginąć łatwo. To w zasadzie jedyna rzecz, która rzeczywiście przychodzi bez większego trudu w całej grze: śmierć. Jeden nieuważny krok i lecimy w przepaść, zapomnimy unieść tarczy i kończymy w brzuchu jakiegoś monstrum. Nawet głupie otwarcie skrzyni ze skarbem może okazać się drogą do kolejnej, głupiej śmierci. Powiedzmy sobie szczerze: w Dark Souls ginie się nader często. Ba, wszystkie zgony są wręcz kluczowe do poznania świata gry, rozeznania się w silnych i słabych stronach napotykanych wrogów oraz bossów.

 

Dodajmy teraz do tego fakt, że gra nie podpowiada nam zupełnie niczego. Po opuszczeniu azylum lądujemy w Firelink Shrine i… w zasadzie nic nie wiemy. Mamy kilka różnych dróg, którymi możemy wyruszyć na spotkanie wrogów i kolejnych śmierci i często właśnie częstotliwością naszych zgonów możemy stwierdzić, gdzie należy iść – jeśli giniemy od pojedynczego przeciwnika, który po prostu na nas spojrzał, to znak, że ta ścieżka jest raczej zbyt trudna na nasz obecny poziom i należy poszukać szczęścia gdzieś indziej. Dochodzimy w tym miejscu do świata gry, który może wydać się przytłaczający na pierwszy rzut oka, ale który jest świetnie zaprojektowany i pełen rozmaitych przejść pomiędzy lokacjami oraz sekretnych skrótów, których odblokowywanie niesamowicie pomaga w późniejszych etapach gry. Miejsca, które gracz odwiedza są także zróżnicowane: od miasta pełnego pustych nieumarłych, poprzez siedzibę bogów pomalowane zachodem słońca, aż po demoniczne ruiny i grobowce olbrzymów. Każda z lokacji zdecydowanie wyróżnia się na tle innych, nie tylko charakterem, napotykanymi przeciwnikami i „wizualiami”, ale również historią opowiadaną w skąpych dawkach przez NPC-ów, opisy przedmiotów lub po prostu poprzez obserwację.

 

Wróćmy na chwilę do tematu śmierci, który bezpośrednio naprowadzi nas do walki i jej mechaniki. A ta jest miodna, w każdej możliwej odmianie, jakąkolwiek bronią i techniką machania orężem lub magicznym katalizatorem. To jedna z tych gier, które wynagradzają wysiłek włożony nie tylko w zdobycie lepszego sprzętu i jego ulepszanie u kowala, ale również wszystkie godziny spędzone na poznawaniu sposobu walki przeciwników i umiejętność ich kontrowania. Nie ma nic przyjemniejszego, niż masowa rzeź czarnych rycerzy Gwyna i ich ripostowanie po wielu wielu upokorzeniach, których z ich ręki doznawał gracz przez długi, długi czas. Satysfakcja gwarantowana. Przedmiotów do czynienia krzywdy wszystkiemu, co chce skrzywdzić gracza jest mnóstwo: miecze krótkie, długie, potężne klingi do dzierżenia oburącz, topory i halabardy, włócznie, sztylety i młoty – dla każdego, coś ostrego (lub tępego). Podobnie sprawa ma się z pancerzami, czarami (podzielonymi na „zwykłą” magię, piromancję oraz cuda kapłańskie) oraz całym mnóstwem dodatkowych przedmiotów. Słówko o bossach: walki z nimi to w zasadzie esencja Dark Souls – ginie się często, zwłaszcza grając po raz pierwszy, ale z każdą kolejną śmiercią lepiej poznajemy schemat ataku lub taktyki przeciwnika, a w końcu możemy odczuć dziką satysfakcję z pokonania konkretnego bossa – przynajmniej do czasu napotkania kolejnego bydlaka, który będzie jeszcze wredniejszy. ;)

 

Dark Souls nie jest jednak idealne – do minusów tej cudnej produkcji można zaliczyć wybitnie kiepskie (s)portowanie na PC (nawet nie próbujcie grać bez pada) oraz fakt, że twórcy zdecydowali się użyć owianego ponurą niesławą systemu Games for Windows LIVE. Ten zaś, ma humory – przy ponad 60 godzinach, mi nie sprawił żadnych problemów, za to szalenie utrudniał mi wcześniej zapoznanie się z drugim BioShockiem. Poza tym, można czepiać się drzew jako sprite’ów jakich nie widziałem w grach od dawna, albo braku ruchu ust przy rozmowach, ale poza tym grafika jest solidna od strony technicznej i idealna od strony artystycznej, a w parze z nią idzie oprawa dźwiękowa, zwłaszcza podczas najbardziej epickich walk z bossami.

 

Gdybym miał wystawić Dark Souls: Prepare to Die Edition, bez cienia wątpliwości wystawiłbym mocne 9+/10. Dzieło Japończyków ociera się o perfekcję i szczerze polecam tę producję każdemu, kto ma wątpliwości, czy gry nadal potrafią tak dobrze bawić i zapewniam takie uczucie „osiągnięcia”. Warto również spróbować dość oryginalnego systemu PvP oraz Co-Op-a, które same w sobie potrafią dodać wiele godzin naprawdę przedniej rozrywki.

Napisano: 13-10-2012

Tagi: , , , , , ,

Kategorie: Gry, OsaX i jego świat

  • DeadPoison

    Od siebie dodam tylko, że PvP jest najprawdopodobniej najlepszą rzeczą EVER.