Jestem wolny

Najmij mnie!
 

Japonia, po prostu

Jak niektórzy wiedzą, bądź też niedawno się dowiedzieli, początek marca stanowił dla mnie ważną datę. Wtedy to bowiem udałem się na wyprawę do Warszawy, której ostatecznym celem było spędzenie dwóch tygodni w Japonii. Kraju, którym fascynuję się od lat, a w którym wizyta była jednym z moich osobistych marzeń – które się spełniło. W niniejszym tekście chcę spisać i zachować wciąż świeże wspomnienia, zawrzeć wrażenia z pobytu w tym niesamowitym kraju oraz przybliżyć go nieco wszystkim zainteresowanym. Tak więc, zaczynajmy.

Cała wyprawa zaczęła się 1 dnia marca, kiedy do wyruszyłem do stolicy, aby tam spędzić noc (wielkie dzięki KoZa!) przed wylotem, a dnia następnego udać się na lotnisko. Tam też na dzień dobry czekała mnie pierwsza niespodzianka w postaci… ewakuacji. Ot, ktoś zostawił bagaż w jednym z terminali i ochrona postanowiła trochę rozruszać atmosferę. ;) Koniec końców wystarczyło poczekać około dwudziestu minut na informacje dotyczące nowego „gate’a” i można było udać się w odpowiednim kierunku. Odprawa, godzinka czekania i można było po raz pierwszy w życiu załadować się na pokład stosunkowo niewielkiego samolotu do Zyruchu. Ponad godzinna podróż upłynęła pod znakiem myśli typu „czy to wszystko powinno się tak trząść?” oraz na przyjemniej rozmowie z pewnym duńskim prawnikiem, zwolennikiem teorii o rządzeniu światem przez grupę szalenie bogatych rodzin – ot, pierwsza solidna możliwość przetestowania swojego angielskiego w warunkach bojowych.

Lądowanie w Zurychu, szybkie spojrzenie na ekran z odlotami i już wiedziałem, że jestem w kraju nieco bardziej cywilizowanym – ot, aby przemieścić się do swojej bramki, musiałem skorzystać z usług tutejszego systemu „metra”, który podwoził podróżujących do odpowiednich miejsc. Sprawa nie do wyobrażenia w Polsce ma się rozumieć. ;] Szybka kontrola paszportowa, stwierdzenie że w okolicy już kręci się sporo azjatów i dość szybko mogłem zacząć meldować się na pokładzie potężnego Airbusa A340, którego sama wielkość sprawiała, że człowiek podchodził doń z szacunkiem. Na siedzeniu zaś czekała mnie miła niespodzianka: poduszka i koc na drogę, oba te przedmioty okazało się całkiem przydatne. I już na pokładzie samolotu można było się poczuć niemal jak w Japonii – zdecydowana większość z niemal 300 pasażerów stanowili bowiem mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni z niewielką domieszką gaijinów (określenie obcokrajowców stosowane przez Japończyków).

Po usadowaniu się, zapoznaniu z filmami instruktażowymi (jak zapiąć „pasy”, co robić w sytuacjach awaryjnych, jak działa pokładowy system rozrywki) można było delektować się myślą, że już za dwanaście godzin będzie się na lotnisku Narita. Właśnie: lot trwający tyle godzin musiał dawać się we znaki i dawał – nawet pomimo wspomnianego systemu z filmami, muzyką, informacjami na temat lotu oraz całkiem niezłymi posiłkami oraz przekąskami i drinkami serwowanymi przez stewardessy. Cóż, przynajmniej w drodze można było spokojnie wypełnić „gajdzin-kartę”, czyli dwa dokumenty o celu i długości pobytu i bagażu oraz podstawowych danych personalnych wraz z informacją na temat tego, gdzie będziemy zameldowani na czas wizyty – następnie na tej podstawie dostawało się standardową wizę pozwalającą przebywać w kraju przez maksymalnie 90 dni.

Jak w końcu miałem okazję wytoczyć się na japońską ziemię, czułem się zmięty, pomięty i zdecydowanie nie do użytku przez najbliższą godzinę. Pomimo tego, dziarsko ruszyłem do przodu, aby przejść szybką kontrolę zdrowotną, kolejny raz ukazać paszport i otrzymać wizę, a na końcu odnaleźć swój bagaż i z uśmiechem dać się przeszukać przez straż graniczną – wszystko odbyło się w miłej atmosferze, nawet pomimo faktu, że podczas kontroli bagażu niespodziewanie stałem się obiektem zainteresowania kolejnych trzech strażników, a swoje trzy grosze wtrącił nawet tutejszy „szefcio”, grzecznie wypytując o cel wizyty i upewniając się po raz dziesiąty, czy na pewno nie próbuję im czegoś przemycić.

W końcu, po jakiś dziesięciu minutach mogłem zamknąć walizkę i ruszyć na podbój Narity – podmiejskiego lotniska pod Tokyo, na który trafia gros międzynarodowych lotów. Skala tego miejsca z pewnością mogła być przytłaczająca, ale wszystko jest tak dobrze oznaczone, że z odnalezieniem się w przestrzeni nie miałem najmniejszych problemów. Korzystając z okazji, wyszukałem jakieś wolne miejsce siedzące, wbiłem się do Wi-fi (komórka okazała się być całkowicie nieprzydatna – ot, roamingu w Japonii niet) i skontaktowałem z kilkoma osobami, wliczając moją dziewczynę, która w tym czasie była w drodze do Tokyo słynnym, japońskim Shinkansenem. Kilka godzin odpoczynku i prób przekonania mózgu, że wcale nie ma drugiej w nocy, tylko jest dziesiąta rano (ach, te różnice czasowe) i mogłem spotkać się z Ayako, a następnie udać na jakieś szybkie jedzenie w centrum handlowo/restauracyjnym usytuowanym obok terminalu, na którym się zameldowałem po wylądowaniu. Następnie przejście do podziemi, znalezienie linii Keisei do Ueno, a następnie odnalezienie się w gąszczu tokijskiego metra.

Koniec końców udało się trafić na stację Minami-senju, skąd już tylko dziesięć minut dzieliło nas od hotelu i możliwości odpoczynku – dochodziła bowiem dwudziesta, sam dojazd do centrum miasta z Narity trwał dobre półtorej godziny. Jeszcze tylko wizyta w pobliskim sklepie sieci 7-11, zapoznanie się z prysznicem i można było udać się w objęcia Morfeusza.

Następnego dnia zaś zaczął się nasz podbój Tokyo. Tutaj mógłbym długo opowiadać o każdym dniu z osobna, ale zanudziłbym nie tylko ewentualnych czytelników, ale również siebie. Przejdę więc do ogólnych wrażeń, jednocześnie skacząć po tematach – wybaczcie więc chaos ;) . Na samym początku zapoznaliśmy się z najbliższą okolicą, aby wkrótce odwiedzić pierwszy poważniejszy cel – dzielnicę Asakusa, znaną głównie z kompleksu świątynnego oraz tego, że jest to najstarsza dzielnica w Tokyo, w której najwyraźniej widać tradycyjne oblicze Japonii. Ludzi od groma, mnóstwo uczennic japońskich liceów (w obowiązkowych mundurkach) robiących niesamowitego hałasu, olbrzymia ilość stoisk z rozmaitymi pamiątkami i jedzeniem oraz sama świątynia i towarzyszące jej budowle – sama wielkość tego miejsca mogła robić wrażenie, a do tego dochodzą przecież ciekawa architektura i po prostu artyzm miejsca.

Pełen uroku był również towarzyszący świątyni ogród (z obowiązkowym mostkiem nad strumykiem ze słynnymi japońskimi rybkami oraz małym wodospadem) – ot, miejsce magicznie łączące przeszłość, z teraźniejszością, bowiem tuż za granicami tego przybytku rozciągała się Asakusa nowoczesna, pełna neonów, sklepów i atrakcji nakierowanych głównie na turystów, takich jak chociażby przejażdżka „rikszą”. Dwa tygodnie można by śmiało poświęcić jedynie na lepsze poznanie tego jednego miejsca, w którym z rozkoszą się gubiliśmy raz po raz.

Odwiedziliśmy również Shibuyę oraz Harajuku – czyli miejsca, słynne na cały świat z zaskakującej mody. Nawet pomimo faktu, że nie była to niedziela (zwyczajowy dzień, w którym tokijska młodzież tłumnie atakuje te dzielnice poubierana w najdziwniejsze stroje), na ulicach można było spotkać zarówno gothic lolity, jak i przedstawicieli innych trendów ubraniowych. Ot, było kolorowo, różnorodnie i bardzo głośno – niczym niezwykłym byl widok sprzedawców wdrapujących się na drabiny, aby z wysokości zapraszać klientów na ich stoiska. W Harajuku pełno było najrozmaitszych sklepów z ciuchami, od japońskich projektantów, po paskudnie drogie marki znane na całym świecie. Co kto chciał, to tam mógł to znaleźć, chociażby miał na oku najbardziej dziwne połączenie materiałów i kolorów.

Shibuyę odwiedziliśmy kilka razy (między innymi w poszukiwaniami bodajże najtańszej na mieście pizzy w niewielkim, ukrytym lokalu z przemiłą obsługą), za każdym razem będąc pod wrażeniem wielkości i różnorodności tego miejsca. Tylko tam można by spędzić miesiące, i każdego dnia będąc zaskakiwanym czymś nowym – dosłownie. Centrów handlowych jest tam więcej na jednej ulicy, niż w połowie Polski, a małych kramików i innych ciekawych miejscówek zliczyć po prostu nie sposób. Do tego całość nieustannie żyje, a barwne tłumy przetłaczają się ulicami i chodnikami we wszystkie strony, z każdej strony też atakuje człowieka głośna muzyka lub krzyk „ulotkarza” lub kogoś w ten deseń.

Pod względem głośności, zdecydowanie wygrywa jednak Akihabara – najsłynniejsza bodajże tokijska dzielnica, pełna sklepów z elektroniką (oczywiście, najnowocześniejszą) oraz jednocześnie pełniącą rolę mekki dla fanów japońskiego komiksu i animacji (manga i anime). Kolorowo, strasznie głośno i … przytłaczająco pod względem skali zjawiska – weźcie sobie połączcie ze sobą wszystkie znane Wam centra handlowe, rozbudujcie je do wielkości takiego Poznania, dodajcie kilka razy więcej zwiedzających, wrzućce wuchtę kolorów i zamieszajcie zwiększając sporo głośność, a otrzymacie przedsmak tego, czym jest Akihabara. Samo wejście do salonu pachinko gwarantowało, że bębenki były atakowane decybelami, których liczby nie powstydziłby się koncert rockowy. Takich salonów z automatami było tam zaś zatrzęsienie, salonów producentów elektroniki można było szukać na pęczki, podobnie jak wielopiętrowych budynków pełnych stuffu związanymi z mangą i anime. Brak słów, aby określić to miejsce, to trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.

Próba wizyty w Pałacu Cesarskim niestety się nie udała – ot pech chciał, że akurat w ten dzień miejsce bylo zamknięte dla zwiedzających. Jednakże warto wiedzieć, że co sobotę można udać się na teren kompleksu i wziąć udział w darmowej wycieczce – wskazówka dla tych, którzy chcieliby kiedyś zobaczyć, jak mieszka japoński cesarz. ;) Pomimo tego niepowodzenia, udało się nam trochę pospacerować na zewnątrz wielkiego obiektu, otocznego z każdej strony fosą i pilnowanego przez zastępy policji i służ spejcalnych. Nawet z zewnątrz miejsce robiło wrażenie, a dbałość o ten XV wieczny zamek zasluguje na podziw – wszystko było niesamowicie zadbane, co wydaje się wręcz stanowić „standard” w Japonii. Po zrobieniu zdjęć i przespacerowaniu się dobry kawałek, udaliśmy się do… jedynej w całym Tokyo restauracji z polskim jedzeniem. W dodatku miejsce to było zarządzane przez polski personel – może i wielkością nie powalało (trzy, cztery stoliki i to wszystko), ale za to od wejścia można było poczuć się jak w domu poprzez mnóstwo polskich dekoracji na ścianach, wliczając w to jakiś strój ludowy. I trzeba przyznać, że jedzenie również smakowało jak w domu – zachwyciło japońskie podniebienie mojej towarzyszki ;) .

W Tokyo mieliśmy okazję widzieć również słynne Tokyo Tower, czyli wieżę tokijską, zobaczyć mnóstwo ciekawych budowli, porozmawiać z ludźmi z całego świata zafascynowaych Japonią oraz spróbować miejscowych specjałów zawierających np. kałamarnicę lub macki ośmornicy. Wbrew pozorom, obie potrawy (odpowiednio: tempura oraz takoyaki) były bardzo smaczne i nie tak drogie, polecam szczerze – nawet pomimo tego, że europejski mózg reagował z pewną paniką na widok macki w tym, co właśnie z apetytem wsuwamy. Ot, czasami po prostu było lepiej smakować jedynie językiem, a doznania wzrokowe odstawić na boczny tor. ;)

Co mogę rzec o Tokyo? Jest to niesamowite miejsce, w którym zwiedzania jest na lata – a w którym najbardziej zaskakują nie wszelkie nowinki technologiczne, skala miasta, czy też zawiłość metra i tokijskiej kolei, ale ludzka mentalność. Ta jest, moim skromnym zdaniem, lata świetlne od tego, co znamy na codzień. Ot, chociażby japońskie restauracje. Wchodzimy i na dzień dobry jesteśmy ciepło przywitani przez obsługę, zapytani o ilość miesc przy stoliku, prowadzeni na miejsce – a za chwilę za nami nadciąga korowód złożony z kelnerki z menu oraz drugiej osoby podającej np. gorącą herbatę lub szklankę wody z kostkami lodu. Na miejscu czeka również specjalny, ciepły i lekko wilgotny ręczniczek do „umycia się” przed i po posiłku. Magia? W Japonii raczej codzienność. Inny przykład, dlaczego wszędzie jest tak czysto? Ot, chociażby dlatego, że tam np. ochrona metra nie zajmuje się zbijaniem bąków – w czasie, gdy jeden „policjant” stoi na straży porządku, drugi z ochotą biega ze zmiotką i pilnuje porządku w dosłownym tego słowa znaczeniu. Albo jeden z pracowników hotelu, czyszczący stalowe kraty od jakiegoś systemu odpływu deszczówki – patrząc na niego, można było odnieść wrażenie, że nie zajmuje się on zwykłym czyszczeniem, a obcuje z Buddą lub innym bogiem. Kradzieże? Nie, nic z tego – Tokio jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, gdzie można po wyjściu z domu klucze zostawić „na drzewie” i spokojnie udać się w swoją stronę wiedząc, że po powrocie klucze będą na miejscu, a domu nikt w międzyczasie nie splądrował. Sama policja stoi co kilkaset metrów w swoich mini-posterunkach, a jeśli ma pod ręką radiowóz, to ten na pewno będzie „na sygnale” (oczywiście bez syreny), dając wszystkim znak, że Japońscy stróże prawa mają wszystko na oku i są w pobliżu. Rzuca się w oczy również wielka uprzejmność Japończyków – zwłaszcza osób nieco starszych, które z chęcią pomogą, nawet w przypadku średniej znajomości języka angielskiego (wtedy w ruch wchodzi dziwny, acz uniwersalny miks japońskiego, angielskiego i języka znakowego ;) ).

Poza Tokyo, udaliśmy się na wyprawę do oddalonej o około 200 kilometrów Yokosuki, aby odwiedzić grób Hideto Matsumoto, muzyka legendarnej formacji X Japan, przeze mnie i przez wielu uważanego za jednego z najlepszych gitarzystów wszechczasów. Podróż ekpresem zajęła około dwóch godzin, a na stacji można było ujrzeć odmianę wczesno kwitnących wiśni – piękny widok, szczególnie dla samych Japończyków, którzy tłumnie okupowali ławki pod drzewkami, robili zdjęcia kwiatów wiśni, czy też po prostu delektowali się ich widokiem. Krótka jazda autobusem i wysiadka na wybrzeżu (Miura Kaigan), a następnie spacer po bardziej wiejskim obliczu Japonii. Na miejscu miło było zobaczyć, że fani nawet po tylu latach pamiętają o swoim idolu i na grobie hidego można było znaleźć świeże kwiaty, a nawet miniaturowe gitary, zdjęcia oraz… piwo. W centrum cmentarza znajduje się również ładny ogród, urządzony wedle japońskiej modły, w którym można bylo miło spędzić czas po prostu obserwując okolicę i kontemplując. Warto wybrać się właśnie poza centrum Tokyo, aby móc spojrzeć na kraj z innej, nieco szerszej perspektywy.

Podsumowując: z pewnością wrócę do Tokyo, do Japonii. Miejsce jest niesamowite, od architektury i jedzenia, a na ludziach skończywszy. Gdybyście mieli okazję, nie wahajcie się i udajcie się na podróż życia.

Napisano: 20-03-2012

Tagi: , , , , , ,

Kategorie: OsaX i jego świat

  • http://www.facebook.com/gigamanthesinner Paweł Sinner Partyka

    Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak ci zazdroszczę tej wizyty. I cieszy mnie wieść, że ci się podobało. Również świetne zdjęcia, Sakurę sobie podkradnę jako screen saver na laptopa.

  • MrJedi

    Gratuluję udanego wyjazdu. To miejsce uzależnia od pierwszego razu, bez dwóch zdań. ;)

  • http://www.osaxnymloth.info OsaX Nymloth

    @MrJedi:disqus Zdecydowanie, Japonia uzależniła mnie jeszcze mocniej i już knuję, kiedy do Tokyo powrócę ;)   może nawet kiedyś uda się zrobić wspólny wypad, byłoby z pewnością ciekawie ;]
    @facebook-100000448345333:disqus polecam wejście w tryb realizowania marzeń – jak nie dziś, to jutro, jak nie jutro, to za miesiąc… serio, taki wypad jest po prostu niesamowity, nie tylko dla fana japońskiej (pop)kultury. :)

  • pussy destroyer

    HAIL FROM YOUR GREEK NEIGHBOURS