Jestem wolny

Najmij mnie!
 

Brutal Assault 2011

Ostatnie dni zerowej aktywności były spowodowane jednym eventem, który powtarza się niemalże co rok. Mowa oczywiście o najbardziej brutalnym festiwalu w Europie, czyli Brutal Assault, którego już szesnasta edycja odbyła się w dniach od 11 do 13 sierpnia w czeskim Jaromerze – a dokładniej, w twierdzy Josefov. Dla zainteresowanych tym muzycznym wydarzeniem, zapraszam na małą (i dość chaotyczną relację).

Minister zdrowia ostrzega: BA zawiera znaczne ilości czeskiego piwa, nocne growlowanie pod namiotem oraz ilości ekstremalnego metalu w stężeniu zdolnym zabić

Dzień 0

Wyprawę do Czech postanowiliśmy (ja i kuzyn) odbyć dzień wcześniej – i to bynajmniej nie po to, aby obejrzeć Warm Up Party składające się w całości z lokalnych kapel grindcore’owych. Powód był bardziej prozaiczny: łatwiejsze znalezienie miejsca na namiot. Kto w ostatnich latach próbował rozbić się na Brutalu pierwszego dnia w godzinach popołudniowych ten wie, że 90% logicznych miejscówek do tego czasu bywa już zajęta. Dlatego też wyjechaliśmy w środę rano i przed wieczorem dotarliśmy na miejsce. Pierwsze wrażenie: co tu tak dużo ludu? Naprawdę, ale takich tłumów jeszcze przed otwarciem się raczej nie spodziewałem. Dość powiedzieć, że na swój bilet (pre-order) musiałem czekać ponad 2.5 godziny. Kolejka ciągła się chyba na kilometr, co nijak nie sprawiało, że ludzie sobie darowali czekanie w niej. Gdzieżby tam – odczekawszy swoje, znalazłem odpowiednie okienko, otrzymałem wristbanda, książeczkę i przewodnik na smyczy wraz z workiem na śmieci i mogłem śmiało ruszyć na teren festiwalu. Oczywiście przedtem rozbiliśmy błyskawicznie namiot (przeżył już drugi fest, chyba to jednak ruska robota była). Zmiany? Były. Dodatkowa „uliczka” obiegająca Natural Stand naprzeciw scen, otwarta kolejna dróżka na Metal Market oraz przeniesienie Meet and Greet wraz z Horror Cinema do osobnego budynku twierdzy. Nie wiem, czy była to jakaś stajnia, czy inne koszary, ale fakt, że miejscówka miała pewien klimat. No i nie wiało jak w namiocie 😉
Po zapoznaniu się ze zmianami oraz stwierdzeniu, że zrobiło się jeszcze więcej stoisk z procentowymi drinkami oraz zabrakło CVLTOWEGO stoiska z żarciem marki McShit ruszyliśmy pod scenę, aby oddać się… chyba jakiejś komedii. Zaprawdy powiadam wam: widok gorączkującego się wokalisty jakiejś hardcore’owej formacji, który biegał wszędzie z kartką przed okularami był po prostu obłędny. W zasadzie najjaśniejszym punktem dnia zero było widowisku godne armageddonu, widoczne poniżej. Lepszego otwarcia nie dało się chyba zrobić. ;]

 

 

Dzień 1

W skrócie: piwo, wkurzające komary oraz tłumy. Już od rana kolejne chorągwie z całego świata zaczęły ściągać na pole namiotowe i zajmować wszystkie możliwe miejsca. Szybko też przy wejściu na teren festiwalu zrobiła się sporawa kolejka, która jednak całkiem sprawnie rozładowywana była przez ochronę. Pierwszy koncert zaczął się o 12:50, kiedy to na scenę wyszedł polski Frontside – który zresztą mógł czuć się jak u siebie, bowiem tłumy rodaków co chwila skandowały standardowe teksty typu „napierdalać!”.  Na szczęście, nikt w zespole nie wpadł na pomysł zagrania jakiegoś kawałka na miarę Wspomnienia Jak Relikwie, bowiem nijak nie pasowałoby to do ciężkiego hardcore’u zaserwowanego przez zespół. Niezłe brzmienie, zrobił się mosh, dobrze było. Przerwa i powrót na Skeletonwich, który udowodnił, że może stać się jedną z większych kapel w gatunku. Chwytliwe riffy, świetny kontakt z publiką wokalisty, wpadające w ucho wałki. Duży pozytyw, widać, że ekipa dobrze się bawiła. Kolejna przerwa m.in. na zwiedzanie metalowego marketu (ile tam fajnych rzeczy było! Aż kusiło, aby wysupłać ostatni grosz), sprawdzenie repertuaru strasznego kina i powrót na miazgę w postaci Asphyx. Określę to tak: Martin van Drunen to death metalowy bóg. Po prostu. Jego wokaliz podrobić się nie da i niszczą one większość gardłowców z branży! Miażdżący death metalowy walec przetoczył się po publice, nawet pomimo zagubionego gdzieś intra. Następnie Kreator, który po prostu zniszczył to, co pozostało po koncercie Holendrów. Petrozza pomimo wieku pokazał wokalną klasę i wydzierał się tak, że niejeden młodzieniaszek mógłby pozazdrościć.  Cieszył również całkiem przekrojowy set, który zaprezentował chyba wszystko, co najlepsze w muzyce niemieckiej legendry thrash metalu. Po Kreatorze czas na przerwę i podziwianie olbrzymiego tłumu, jaki zebrał się na koncercie Lemmy’ego i jego wiekowego, acz nadal nader żywotnego dzieła napędzanego fajkami i Jackiem Danielsem, czyli Motorhead. Co prawda strasznie rzadko słucham wyczynów tej kapeli, ale przyznać trzeba, że w swojej kategorii to klasa sama dla siebie. Poza tym, któżby nie chciał tak się prezentować w wieku 66 lat? Lemmy to kult i tyle. Koncert Morbid Angel w sumie zagubił mi się w pamięci (niezłe oświetlenie i Vincent z jego basowym growlem miażdżyły), masakrę zorganizował grecki Septic Flesh (którego jednak tylko słyszałem z wysokości namiotu). Trzeba przyznać, że ich muzyka na żywo nabiera dodatkowej głębi i szaleństwa. Na koniec pamiętam jeszcze radosne przytupywanie ekipy z Wysp Owczych, czyli TYR – nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że tak proste granie trochę nie pasuje do Brutal Assault.

 

Dzień 2

Po przebudzeniu i odczekaniu (polegającego na próbie zrozumienia gdzie jestem i co się właściwie dzieje) doznałem olśnienia. Oto jakaś niemiecka kapela grindcore’owa robiła na scenie swojską imprezę, podczas której bodajże coverowali wszystko, co się dało. Polegało to chyba na tym, że puszczali początek jakiejś „znanej” piosenki, po czym przystępowali do brutalnego grindu. Efekt: uśmiech od ucha do ucha.  Dalej: pomijając chodzenie po okolicy, wypad na miasto (a raczej dalszą część twierdzy) oraz pijanych anglików wyśpiewujących po raz setny ten sam kawałek w namiocie piwnym) udaliśmy się na koncert Scar Symmetry. Cóż, byłem sceptyczny – znałem tę kapelę i średnio pasował mi ich modern melodeath na dwa wokale. I cóż mogę rzecz? Owszem, panowie się starali, ale fajnych melodii na gitarach prawie brak, klawisze robiące za melodie to nie to. Średni koncert, ale publika była chyba innego zdania. Tak czy siak, czas na Hail of Bullets, który znowu przywitał nas wyluzowanym Martinem van Drunenem. Ponownie masakrujący i szalenie dobry death metal o tematyce wojennej wgniół wszystkich i wszystko w ziemię. Klasa. Decapitated pozamiatało i brutalnością osiągneło bodajże apogeum podczas tegorocznego Brutal Assault (przynajmniej do dnia następnego). Atheist niestety nie dojechało, a wielka szkoda – ta specyficzna kapela całkiem nieźle wychodzi na koncertach. Niestety, koncert KYPCK ominąłem z powodu strajku organizmu. Przerwa na zregenerowanie sił przed potężnym, nuklearnym atakiem Exodus. Amerykanie zrobili to, co zrobili kilka lat temu – zmiażdżyli. Koncertowa maszyna niezawodnie wiedziała w jaki sposób rozkręcić i tak nieźle szalejący moshpit, a Rob Dukes po prostu doprowadzał tłum do białości.  Oczywiście nie obyło się bez ściany śmierci, która jednak tym razem nie wyszła tak epicko jak te trzy lata temu. Niemniej: jeden z najlepszych koncertów na tegorocznej edycji BA. Kolejna przerwa i na scenę pojawia się Satyricon – można marudzić, że to „nie ten dobry, stary Satyr”, niemniej grali przyjemnie. Trochę starszych kawałków oraz oczywiście raczej nowe „hity” takie jak K.I.N.G., czy też The Pentagram Burns. I przyznam szczerze, że koncert mi się spodobał – szkoda tylko, że tak mało widać było Frosta operującego na garach. Facet jest niesamowity. Przerwa, wypad do namiotu i słuchanie koncertu Mayhem – Attila dokonał niemożliwego i wytworzył najbardziej opętańczy wokal jaki w życiu słyszałem. W sumie, to nawet ciężko określić to, co sie słyszało. Miazga.

 

Dzień 3

Pomijając wszelkie pierdoły typu piwo, denne horrory klasy Z albo i gorszej, włóczenie się po mieście i dyskusje z różnymi dziwnymi osobnikami, dzień trzeci tegorocznej edycji Brutal Assault rozpoczął się od miłego memu uchu łomotu autorstwa Blood Red Throne. W sumie nadal się dziwię, że tak dobra kapela grała o 10 rano, skandal! Z poziomu namiotu (który był tak usytuowany, że dźwięk mieliśmy niemal jak pod sceną) całkiem miła rzeźnia, która przyjemne rozpoczęła dzień. Następnie przez długie godziny krążyliśmy pomiędzy namiotem, a starym miastem, oddając się chociażby dyskusjom na temat wyższości rosyjskiej mocy przerobowej nad niemiecką techniką podczas II WŚ. Po jakimś czasie udaliśmy się pod scenę, gdzie obejrzeliśmy Draconian (dlaczego nie mieli więcej czasu? Zabiłbym za możliwość usłyszenia więcej kawałków z Arcane Rain Fell oraz Where Lovers Mourn!), zaś jakiś czas po nim na scenie zameldował się samograj w postaci Vadera. Peter ze spółką weszli na scenę w akompaniamencie słynnego Marszu Imperialnego i od razu przeszli do mięska. Trochę zabawnym był fakt, że Peter miał powód do rozważania, czy mówić po polsku, czesku, czy angielsku – koniec końców, większość gadaniny pomiędzy utworami była po polsku. Przy okazji: zaprezentowany nowy wałek z kolejnego długograja Vadera brzmiał całkiem nieźle. Następnie Turisas – sam widok bojowych i pomazanych „krwią” finów sprawił, że człowiekowi morda się śmiała. Skoczne rytmy, powerowa moc i refreny zachęcające do skakania z kulfem trunku w ręce. I do tego charyzmatyczny wokalista, którego momentem przełomowym było dodatkowe pięć minut grania – z których z trzy minuty poświęcił na wspominanie, jak to dwa (albo i trzy) lata temu wypił za dużo czeskiego piwa. Pozytyw – kolejny. Nadeszło Cryptopsy, które okazało się być bodajże największą ekstremą całego festu – nie powiem, lubię takie klimaty puścić w domowym zaciszu, ale zmęczenie dało chyba znać o sobie i udaliśmy się w kierunku odwrotnym do sceny. Z namiotu jedynie słyszałem grę Anathemy (wiało nudą) oraz Sepultury, która chyba nadal rozmienia się na drobne. Triptikon widziałem jedynie z boku, ale i tak zrobił naprawdę ciekawe wrażenie – widać, że nowy projekt Toma Warriora ma tego samego „dyrygenta”, a i covery Celtic Frost nie pozostawiały wątpliwości, co do natury granej muzyki. Walec. Po północy wypad na Kataklysm, który sprawił się jak najbardziej pozytywnie – być może dzięki temu, że nie grali praktycznie swoich nowych tracków i skupily się na klasykach. Niestety, sił na ostatnią magiczną trójkę, czyli 1349, Khold i Ahab już nie starczyło. Niemniej, z wysokości namiotu brzmiało to wszystko potężnie.

I tak w niedzielny poranek zwinęliśmy namiot, udaliśmy się na zakupy do lokalnego marketu marki Penny (który standardowo stracił trochę wózków), a pod wieczór wróciliśmy do Wielkopolski. Łącznie cztery dni „spartańskich” warunków, nocnego wycia i picia blackmetalowców z całego świata (była Azja, była Kolumbia, chyba tylko Australii zabrakło), 75 kapel grających non-stop od 10 do 3 w nocy. Słowem: kolejny Brutal Assault, jeszcze większy i lepszy. Teraz nic, tylko czekać na pierwsze wieści dotyczące edycji 2012, na której na pewno ma pojawić się portugalski Moonspell.

Napisano: 16-08-2011

Tagi: , , , , ,

Kategorie: Muzyka, OsaX i jego świat

  • M

    Warm Up Party składające się w całości z lokalnych kapel grindcore’owych. < powinienem przestac czytac po tym…

  • M

    by the way – wysokosci namiotu – to gdzie ty sie rozlozyles na gorce? na zwyklym polu (kolo wejscia do miasta) prawie nic nie bylo slychac :s

    • http://www.osaxnymloth.info OsaX Nymloth

      Owszem, rozłożony byłem na wale naprzeciwko wejścia. Jakość dźwięku taka, że spać się nie dało, nawet gdyby się chciało 😉

      Co do grindcore’u – dobra, były też jakieś hardcore’y, na jedno wychodzi 😛

      • M

        Typowym przykładem takiego core’u był Silent Stream of Godless Elegy 😛 Koncert godny zanotowania, naprawdę udany i lepszy jak dla mnie niż na Masters of Rock, więc się czepiam :> A z ciekawosci – jak oceniasz rozbicie sie na wale?

        • http://www.osaxnymloth.info OsaX Nymloth

          Dobra dobra, akurat o nich totalnie zapomniałem 😛 fakt faktem, że dominacja -core’u była na rozgrzewce ;] co do miejsca: niezgorzej. O ile nie przeszkadza Ci fakt, że o spaniu zanim kapele przestaną grać nie ma mowy, ale to raczej pikuś. Poza tym ok. Blisko do „umywalek” i TOI było, w razie powodzi zawsze jest się na wale, a nie w dolinie. Liczba grasujących trolli być może nieco mniejsza niż na polu. ;]

  • Chimaira

    A se lajknę ;D Mimo, że dla mnie jak nie ma Anaali = nie ma imprezy. ;D Ciekawe, że jeszcze Decapitated żyje (ciężki dowcip, wiem). I widzę, że dawno nie nadrabiałem zaległości składowych, bo ostatnim wokalistą „Mejem” był Maniac. xDDDD (ale do Attili mam sentyment ze względu na najlepszy-prymitywny-najstarszy-rozpierdol-w-historii-black-metalu ;)).